9 września 2021

Inwestuj w kucharza

Kiedy moi goście słyszą, że zjedli obiad, który wyrósł na „ekogroszku”, ich śmiech staje się trochę nerwowy…

Wczoraj, tak jak każdego dnia, nakarmiałam prawie sto osób. Z naciskiem na słowo: nakarmiłam. Ktoś powie: „Wielka mi rzecz, żywienie zbiorowe w mazurskim gościńcu i w cateringu. Zwykła gastronomia”. Nieprawda. mając pasję i wiedzę na temat zdrowego odżywiania, nie mogłabym karmić byle czym – tak, żeby moim gościom czy klientom po prostu smakowało. Smak jest ważny, ale dla mnie to tylko czubek góry lodowej. Jedzenie ma być przede wszystkim zdrowe, dawać nam energię, a nie ją zabierać, dostarczać budulca do codziennie nowo tworzonych komórek… Brzmi to prawie, jak wykład medyczny, ale przecież my naprawdę jesteśmy tym, co jemy. Geny decydują tylko w niewielkim stopniu, nasze zdrowie przede wszystkim zależy od tego, co robimy my sami – z naszym ciałem, umysłem, emocjami.

O tym, że „karmię ludzi”, pierwszy raz usłyszałam od Urszuli Dudziak, która w 2010 roku przyjechała do naszego gościńca. Odebrałam jej słowa, jako wielki komplement, ale jednocześnie zdałam sobie sprawę, że ciąży na mnie wielka odpowiedzialność. Skoro zdrowie, a nawet życie ludzi w dużym stopniu zależy od tego, co wkładają codziennie do ust, a ja o tym decyduję… Ale to poczucie odpowiedzialności mnie nie przygniotło. Przeciwnie, dało napęd do dalszego poszukiwania wiedzy i starań. Ta odpowiedzialność powinna towarzyszyć każdemu, kto żywi innych, a jednak różnie z tym bywa. Już pal licho restauracje, w których rządzi przede wszystkim smak i gdzie potrawy składają się głównie z tłuszczu, soli, cukru i glutaminianu sodu. Najpoważniej się robi, jeśli mówimy o szkołach, przedszkolach i szpitalach, bo tam o tym co zje uczeń, przedszkolak czy pacjent, decyduje budżet. Bardzo niski budżet! Chorzy na raka dostają na śniadanie białe pieczywo z dżemem, bo to nie kosztuje dużo. A przecież rak żywi się cukrem, więc dżem i biały chleb powinny wręcz całkowicie zniknąć z diety chorych. Czy ktoś o tym myśli – że karmiąc w ten sposób, karmi chorobę?

Budżet rządzi również naszymi prywatnymi decyzjami. Często oczekujemy, że jedzenie będzie tanie – zachowałam nawet kiedyś torbę z jednego z supermarketów ze sloganem reklamowym: „Dużo i tanio”. To kolejna nieprawda! Powinno być mało, bo się przejadamy, a od przejedzenia prosta droga do wielu chorób cywilizacyjnych, i drogo, w rozumieniu wysokiej jakości pożywienia i poszanowania dla pracy ludzki, którzy tę żywność dla nas wytwarzają i nas nią karmią.

Jestem tą szczęściarą, która posiada trochę ziemi wokół gościńca na Mazurach i mogę uprawiać na niej wszystko to, czego nie mogę kupić, albo to, co jest bardzo drogie np. topinambur, trybulę czy kwiaty nasturcji. Moje warzywa rosną na „ekogroszku” – przekompostowanych kulkach wielkości zielonego groszku, „wyprodukowanych” przez nasze alpaki. Alpaka potrzebuje tylko połowę tego, co zjada owca (o porównywalnej masie ciała), długo trawi, a to, co wydala, jest świetnym nawozem do ogródka. Kiedy jednak opowiadam o tym, widzę czasami na twarzach gości konsternację. Śmiech staje się trochę nerwowy. Właśnie zjedliśmy pyszną obiadokolację, a tutaj „ekogroszek”? Paradoks: nie mamy problemu z kupowaniem wysoko przetworzonej żywności wyprodukowanej na sztucznych nawozach, ale wyobrażenie o naturalnym nawozie budzi nasz niepokój. Więc tym bardziej prowokuję, bo przez to uświadamiam, zmuszam do myślenia. Zawsze powtarzam gościom i klientom mojego cateringu, że gotuję przede wszystkim dla rodziny. Karmienie innych, to „efekt uboczny”. Kiedy jednak mówią mi, jak bardzo poprawiło się ich zdrowie, czuję ogromną satysfakcję.

Moja mama lekarka, zawsze powtarzała, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Ja dopowiadam, że zamiast inwestować w lekarza, wolę w kucharza. I coraz więcej lekarzy się z tym zgadza. Wiem to od nich samych – bo ich też często karmię.

 

Źródło: felieton Kornelii Westergaard/ Uroda Życia/ Sierpień 2019